Moja misja

Kiedyś usłyszałam, że do zerówki z roku na rok przychodzi więcej dzieci, które nie mają zwyczaju jedzenia posiłków przy stole. Dzieje się tak dlatego, że w ich domach każdy jada oddzielnie i najczęściej w biegu. W szkole podobnie. Kiedy przychodzi czas śniadania, wyciągają pączka, drożdżówkę czy inną słodką bułkę, którą najchętniej zjadłyby podczas zabawy. Przyznam, że byłam tym przerażona.

Obecnie, coraz częściej, zwłaszcza w dużych miastach, główne posiłki jadane są w barach szybkiej obsługi. Dorośli pracują coraz dłużej, a dzieci funkcjonują na pizzy i podobnych gotowych daniach oraz tzw. gorących kubkach. Są stałymi klientami szkolnych sklepików, w których nie można uświadczyć nic poza słodyczami i sztucznie barwionymi, bardzo słodkimi napojami. Jaki już wkrótce będzie tego efekt, nietrudno przewidzieć.

Ponieważ przygotowywanie posiłków jest moją pasją, postanowiłam „zaprosić” moich rówieśników (i nie tylko) do kuchni i zachęcić może  (tych mniej wprawnych) najpierw do naśladowania, a następnie, samodzielnego eksperymentowania.

Wspólne gotowanie to doskonały powód do spotkań z przyjaciółmi, a dzięki temu i świetnej zabawy. Po lekcjach, zamiast samotnie spędzać czas przed telewizorem czy komputerem, można powyczyniać ciekawe rzeczy w kuchni, no i oczywiście zabłysnąć nowo nabytymi umiejętnościami przed rodziną. Babcie na pewno się ucieszą! :) CHCĘ PRZYPOMNIEĆ młodzieży, i tej młodszej i tej trochę starszej czym jest ZAPACH DOMOWEGO CIASTA. Nie takiego błyskawicznego, z torebki, a wyrobionego własnymi rękami.

Poprzez to, co robię, chcę służyć pomocą. Gwarantuję, że gotowanie może stać się fantastyczną i jakże pożyteczną, przygodą. W dodatku, przygotowywanie posiłków jest jedną z najbardziej przydatnych życiowych umiejętności!

Tak więc „zapraszam” do kuchni i trzymam kciuki za powodzenie zwłaszcza pierwszych eksperymentów. Z całego serca życzę wielu, tych małych i całkiem dużych sukcesów.

No i koniecznie proszę pamiętać: posiłki jada się nie samotnie, a przy stole, z rodziną i z przyjaciółmi. :)  Weronika Madejska

 PS

Mój blog powstał niedawno, a już bardzo często, tu i ówdzie,  dowiaduję się, że „Natchniona” inspiruje całkiem sporo osób.  Każde takie doniesienie traktuję jak wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Jednym z nich, postanowiłam podzielić się z moimi Drogimi Czytelnikami. Tak więc zapraszam do lektury. :) /20 września 2011/

Weroniko,

Śpieszę Ci powiedzieć, że dzięki Tobie i „Natchnionej” właśnie udało mi się spektakularnie spełnić marzenie mojego męża. I za to bardzo Ci dziękuję. Ależ to była radość… i  ten błysk w jego oczach. Chwilo trwaj!

Ale może od początku…

Każdego roku, zwykle na początku stycznia,  mamy utarty i sprawdzony zwyczaj spisywania z mężem swoich celów osobistych na następny rok. Niby nic szczególnego – wielu tak robi, ale my spisujemy również (a może przede wszystkim) marzenia względem siebie… Może być intrygujące, prawda? Spisujemy tam takie małe rzeczy, które chcielibyśmy udoskonalić, czasami zmienić i  wprowadzić w nasze życie lub pożycie. :) W tym roku jednym z marzeń mojej drugiej połówki było mężowskie skonsumowanie własnoręcznie upieczonego przez żonę ciasta. I tu fanfary! Ciasto? Ja? Kamila? Uwaga! Alarm!  Ale cóż począć – miało być ciasto. Dziękuję Ci mężu za tak słodkie marzenie…

Na usprawiedliwienie pragnę wyraźnie podkreślić, że uwielbiam robić sałatki. Nie pogardzę dobrą zabawą z mięchem, ale do ciast jakoś nigdy nie mogłam się przełamać. Aż do chwili kiedy „przytuliłam” się do Twojego bloga, Weroniko. Oczami zaczęłam połykać słodkie, przepysznie wyglądające różne rozmaitości. Wyobraźnia podsuwała odważne wizje mnie – Kamili – serwującej rodzince te pyszności… Cóż począć? Pomna marzenia męża i skutecznie „podpuszczona” Twoimi słowami, nie mogłam się w końcu oprzeć i wzięłam się za pieczenie :) No przecież musiałam spróbować.

Padło na sernik. Wybór był oczywisty, ponieważ serniki wszelkiej maści po prostu uwielbiam.

Moje własne dzieci początkowo nie dowierzały tej sytuacji. Mama i ciasto? Nie, na pewno nie. To  raczej niemożliwe. Kiedy jednak wyjęłam ser, potem  starannie oddzieliłam jajko od żółtka, dodałam mąki ziemniaczanej i cukru … i  włączyłam mikser, by wymieszać produkty słychać było: – Hura! Hura! Mama piecze ciasto! Ja chcę, ja chcę miksować!  – krzyczał młodszy syn. – Ja też chcę, ja też! – wykrzykiwał  starszy.  Jednym słowem, radość w domu była wielka i oczywiście pełne zaangażowanie pociech. I dla takich chwil warto żyć. Jakże przyjemnie… Ech…

Jak smakował mój pierwszy sernik? Był pyszny. Przepyszny wręcz! Jak to się mawia: miód, malina. Niby wiem, że tak się przechwalać to nie do końca eleganckie, ale cóż mam poradzić skoro nam bardzo smakował?

No i oczywiście spełniłam noworoczne życzenie męża. :) Jestem o kolejne jego marzenie względem mnie do przodu. A! I jestem bogatsza o smacznego całusa, jaki otrzymałam od niego w podziękowaniu. W policzek rzecz jasna, bo usta miałam zajęte… Sernikiem :) Kamila Woźniak

Weronika Madejska

"W życiu tak już często bywa, że… najpiękniejsze prezenty od losu dostajemy opakowane w problem".

Tymi słowami zaczyna się książka mojej Mamy. Uważam, że doskonale pasują one również do mojej historii. Kiedy poszłam do szkoły, od rówieśników odróżniał mnie wyraźnie niższy wzrost i bardzo szczupła sylwetka.
Czytaj więcej

Akademia bez glutenu

Premiera mojej drugiej książki już 13 lutego

Subskrypcja

Chcesz być powiadamiany o wpisach na moim blogu? Podaj imię i adres email :)
Przenigdy, nikomu i pod żadnym pozorem, nie udostępniam personaliów osób zapisujących się na moje listy adresowe.

Powered by WPNewsman

Blog roku 2011

Blog roku 2011