Wielkanocna uczta bez glutenu

21 marca 2016 , In: warsztaty, wegańskie, Wielkanoc
0

Z organizacją warsztatów zwlekałam najdłużej jak mogłam. Trzymałam się swojej tezy, że jeszcze nie podołam, mając w pogotowiu bardzo rozbudowaną argumentację. Od pewnego czasu coś się jednak zmieniło. Zaczęłam szukać, odwiedzać studia kulinarne, pytać i planować. Kiedy prawie miesiąc temu obejrzałam miejsce, które szczególnie przypadło mi do gustu, zarezerwowałam przedostatnią, marcową sobotę i zamknęłam drzwi, wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Kiedy ogłosiłam wydarzenie, do nowo utworzonej skrzynki odbiorczej napłynęło tyle zapytań, że musiałam uszczypnąć się żeby upewnić się, że to dzieje się naprawdę.

Pierwszy raz zdana zupełnie na siebie, przystąpiłam do przygotowań. Pierwszy raz od początku do końca organizując coś na własną rękę. Cztery razy przygotowałam mazurek malinowy, kreśląc proporcje by dojść do takiej ilości oleju kokosowego, dzięki której masa stężeje do czasu degustacji. Piekłam pasztety, które dadzą pokroić się po godzinie studzenia i babeczki, które wyrosną bez dodatku jajek.

Do Warszawy przyjechałam dzień wcześniej. Zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy, pozostawiając miejsce dla blenderów, foremek, książek, aparatu, teczek z przepisami, zakwasu na żurek czy świeżo zmielonej mąki. Dźwigając okrutnie ciężką walizkę, narażając się na podejrzliwe spojrzenia panów, których prosiłam o pomoc (‚co też tam pani przewozi!’) drepcząc w poszukiwaniu piekarni, z której jeszcze musiałam odebrać pękate torby pieczywa, jak zwykle myląc przystanki i sprawiając, że bilet na 75 minut znowu nie wystarczył, ale znalazł się ktoś życzliwy kto miał rozmienić papierek na drobne, albo oddał swój bo szkoda zmarnować, a już wysiada. Dokupując sitko do przesiewania, jednorazowe foremki i składniki na zielony koktajl. Wyczekując późnym wieczorem na zimnym dworcu, na opóźniony pociąg wiozący przesyłkę z zamówionymi fartuchami, które nie zdążyły dojść przed wyjazdem.

Warsztaty skończyły się znacznie później niż przewidziałam. W mniejszym już gronie przesiedziałyśmy przy stole do piętnastej. Przygotowałyśmy bogate menu: żurek, który uratowała pani z pobliskiego sklepu, użyczając pół szklanki wody z kiszonych ogórków, słodkie mazurki z niebanalnymi warstwami słodkiej masy, pastę z fasoli, która okazała się jeszcze lepsza niż się spodziewałam, hummus na marchewce czy sałatkę z pieczonym buraczkiem, którego plastry znikały w tajemniczy sposób, jeszcze przed degustacją. I chociaż nie od razu opanowałyśmy uruchomienie wszystkich sprzętów, mazurek malinowy nie zdążył zastygnąć, a ja nie byłam w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania, płynące jednocześnie z każdej strony, uczestniczki deklarowały, że wrócą następnym razem, a ja pomyślałam, że to najpiękniejsze potwierdzenie tego, że to co robię ma sens.

Pisząc te słowa, leżę szczelnie owinięta kołdrą, przemarznięta po wizycie w zimnej stolicy, z ciężką głową, którą dopiero powoli opuszcza koszmarny ból i natłok emocji, ale szczęśliwa, planując kolejne spotkania i tematykę.

Dziękuję przede wszystkim sklepowi Free Delikatesy za zaufanie i niemal wszystkie potrzebne składniki, ale też firmie Surovital, za ogromną paczkę pachnącej czekolady, Magros za bezglutenowe przyprawy i piekarni Margita za bułeczki i bochenki świeżo wypieczonego chleba.

Podziękowania należą się też mojemu wielkiemu wsparciu. Klaudii, która mimo natłoku własnych obowiązków, gości mnie w Warszawie, robi mi najlepszą zupę meksykańską, smaży placki ziemniaczane z sosem na kolacje, omlety na śniadanie i deklaruje, że następnym razem przymierzy się do bezglutenowych pierogów. Kasi, która przyjechała żeby nauczyć się gotować, ale tak naprawdę jest najlepszą na świecie starszą siostrą.

DSC_3166_Snapseed

DSC_3175_Snapseed

DSC_3170_Snapseed

DSC_3173_Snapseed

DSC_3222_Snapseed

DSC_3194_Snapseed

DSC_3201_Snapseed

DSC_3199_Snapseed

DSC_3204_Snapseed

DSC_3443_Snapseed_Snapseed

DSC_3475_Snapseed

DSC_3470_Snapseed

DSC_3479_Snapseed

DSC_3466_Snapseed

DSC_3481_Snapseed

DSC_3512_Snapseed

Do zobaczenia!

    • Małgorzata
    • 22 marca 2016
    Odpowiedz

    Wygląda na super zorganizowane warsztaty, byłam na paru innych warsztatach, ale tak pożądanie przygotowanych materiałów i pomocy nie dostałam, jeszcze te piękne fartuszki.:) Wysoki poziom, tak trzymać!:)

    • Kamila
    • 23 marca 2016
    Odpowiedz

    Kiedy możemy liczyć na warsztaty we Wrocławiu:-)?

Dodaj komentarz

Weronika Madejska

"W życiu tak już często bywa, że… najpiękniejsze prezenty od losu dostajemy opakowane w problem".

Tymi słowami zaczyna się książka mojej Mamy. Uważam, że doskonale pasują one również do mojej historii. Kiedy poszłam do szkoły, od rówieśników odróżniał mnie wyraźnie niższy wzrost i bardzo szczupła sylwetka.
Czytaj więcej

Spotkajmy się na Instagramie

Blog roku 2011

Blog roku 2011